czwartek, 8 grudnia 2011

Współpraca w zespole

Wielu z nas ma lub miało możliwość pracy w zespole. 
Czym jest zespół?  Najprościej rzecz ujmując stanowi on zbiór pracowników, cechujących się różnymi osobowościami, przyzwyczajeniami, doświadczeniem czy umiejętnościami. Trudno więc wyobrazić sobie, aby taki „zlepek” funkcjonował doskonale.  Można jednak zbliżyć go do ideału. Wymaga to jednak wiele wysiłku, kompromisów, a przede wszystkim dobrego menadżera, który pokieruje zespołem tak, aby wszystkie trybiki tej maszyny współgrały.

Od menadżera zależy wiele, ale również członkowie zespołu muszą mieć świadomość swojego wkładu w to co ogólnie nazywamy współpracą. Współpraca jest bowiem uwarunkowana  postawą każdego z  nas i gotowością do budowania więzi z innymi osobami. Współpraca to także umiejętność pracy w grupie na rzecz osiągania wspólnych celów, umiejętność zespołowego wykonywania zadań i wspólnego rozwiązywania problemów. 
Byłoby świetnie, gdyby udało się wszystkie nasze pozytywne cechy wykorzystać w pracy. Niestety niekiedy kieruje nami rywalizacja, gorszy nastrój czy dzień.  Wtedy zaczynają się konflikty, napięcia i maszyna zaczyna szwankować. Ma to niekiedy wpływ na finalny efekt pracy całej grupy.


Co zrobić więc, aby „fajnie” się współpracowało?

Przede wszystkim trzeba być otwartym na inne postawy lub wiedzę i spostrzeżenia innych osób. Dzielmy się swoją wiedzą i doświadczeniem i czerpmy od innych to co mają najlepsze.
Kolejnym czynnikiem, który wpływa na atmosferę w zespole jest umiejętność krytykowania i przyjmowania krytyki (tzw. pokora) . Chwalmy, ale i bądźmy chwaleni – to zawsze buduje i podnosi morale w grupie. Szanujmy również spostrzeżenia i uwagi naszych współpracowników i nie zamykajmy się na ich uwagi i poglądy.
Warto być również cierpliwym. Cierpliwość to danie sobie i innym czasu na rozmowę, dyskusję czy poszukiwania. Nie jest konieczne zgadzanie się zbyt szybko na kompromis tylko dla „świętego spokoju”. Czasami warto na coś poczekać, gdyż presja nie jest nigdy  dobrym partnerem w pracy.
Wykluczmy rywalizację, gdyż atmosfera w zespole sprzyja właściwemu wykorzystywaniu wiedzy i umiejętności każdej osoby, bez konieczności uciekania się do zachowań rywalizacyjnych. Przyjmijmy, że sukcesy innych nie są źródłem zawiści, lecz mobilizują do większego zaangażowania.
Wreszcie pamiętać należy o zaufaniu, czyli dawaniu innym powodów do tego by wiedzieli, że mogą na nas polegać. W jaki sposób? Każdego dnia, w każdym podejmowanym działaniu informujmy ludzi z którymi współpracujemy, że im ufamy i jesteśmy godni zaufania. Ważne jest, aby nie zmarnować tych okazji bo żadna z nich się nie powtórzy. My natomiast otrzymamy "łatkę", której trudno będzie nam się pozbyć w dalszej współpracy.
Każdy z tych warunków musi być spełniony, jeśli chcemy, by zespół opierał swe działanie na współpracy. Zaniedbanie choćby w jednym z obszarów może w znacznym stopniu utrudnić realizację celu i przyczynić się do rozbicia zespołu.                              

Uśmiechajmy się i szanujmy nawzajem, a będzie miało to wpływ nie tylko na nasze samopoczucie, ale również wydajność i sukcesy !!

czwartek, 1 grudnia 2011

Granice „personal space”

Często spotykamy się z prośbą: „Nie naruszaj mojej przestrzeni osobistej”…. Niby banał, ale tak naprawdę ma on głębsze dno. Zagadnienia przestrzeni osobistej są obecne w naszym codziennym życiu  i nawet nie zdajemy sobie sprawy  w jak wielu sferach. Podobno człowiek ma swoją „otoczkę” którą nosi ze sobą, a jej zasięg i rozmiar zależy od zagęszczenia populacji w jakiej się wychowywał.

Granice „personal space”  są płynne, cienkie, a ponadto wyznaczone indywidualnie przez rożne osoby. Ba, nawet różne kultury i narodowości w wyznaczeniu jej granic kierują się odmiennymi przesłankami. Trudno się w tym wszystkim połapać prawda?
          Nie ma się co dziwić, gdyż zagadnienie to jest na tyle złożone, że jest przedmiotem badań filozofów i psychologów. Nazwano je proksemiką(milcząca mowa) i poświęcono jej wiele opracowań.
Jest prawie niemożliwe przedstawienie zasad respektowania kręgu przestrzeni osobistej w pigułce. Omówmy więc jej najważniejsze reguły.

          Jak już wspomniałam osobista strefa dystansu jest zdeterminowana kulturowo. Granice tej strefy zależą od rodzaju stosunków, jakie łączą nas akurat z osobami, znajdującymi się w naszej przestrzeni.
Zasadniczo wyróżnia się cztery strefy przestrzeni osobistej, chociaż to tak naprawdę konieczne minimum.
Oto one:
·         Strefa intymna- Jest to najbardziej intymna i najsilniej strzeżona strefa. Każdy człowiek uważa ją za swoją własność i dopuszcza do niej tylko osoby uczuciowo z nim związane. Wyróżnia się tu substrefę rozciągającą się do 15 cm od ciała danego człowieka i która może być naruszona tylko podczas kontaktu fizycznego. Ustalenie granic sfery intymnej jest bardzo indywidualne. Jej granice będą węższe u osób, które wychowały się rodzinach, gdzie często się przytulano i okazywano sobie często wiele uczuć. Szersze granice będą zachowywać osoby nauczone w domu rodzinnym trzymania dystansu.   Wykładnikiem rozmiaru przestrzeni jest także kulturowość, bowiem łatwiej wejść w sferę intymną Latynosa niż „zimnego Brytyjczyka” J. Naruszenie strefy intymnej może być niekiedy odebrane jako rodzaj molestowania seksualnego i może doprowadzić do wielu niebezpiecznych konsekwencji. 
·         Strefa osobista obejmuje ok. 46-122 cm . Taką odległość   zachowujemy w kontaktach koleżeńskich,  zawodowych i biznesowych. Jest to rodzaj kontaktów, które z zasady wymagają zachowania swoistego dystansu, a wiąże się to również z profesjonalizmem w kontaktach międzyludzkich. W stosunku do partnerów biznesowych niedopuszczalne okazuje się między innymi poklepywanie czy natarczywe nachylanie się. Nie warto być wobec tego zbyt „koleżeńskim”, gdyż może być to niewłaściwie odebrane.
·         Strefa społeczna to ok. 1,22 – 3,6 m. Ten rodzaj przestrzeni spotykamy w kontaktach z osobami, które znamy słabo lub bardzo słabo. Trzymajmy ten rozmiar  przestrzeni rozmawiając np. z hydraulikiem, sprzedawcą w sklepie, czy innych obcych nam osób.
·         Strefa publiczna to powyżej 3,6 m. Taki dystans zachowuje się najczęściej podczas wystąpień publicznych, gdy zwracamy się do większej ilości ludzi. Dobrym przykładem może być odległość między wykładowcą a studentami podczas  wykładu.


Bardzo ważne jest, aby respektować granice wspomnianych kręgów w kontaktach międzyludzkich, gdyż poprawne zachowanie w tej dziedzinie ma znaczny wpływ na odbiór naszej osoby. Jest to istotne zwłaszcza w kontaktach biznesowych.
Aby być właściwie postrzeganym i zrozumianym w stosunkach międzyludzkich nie można być zbyt „przyjacielskim natrętem”, ani  zbyt zdystansowanym i „zimnym”. Ważne jest trzymanie się powyższych zasad, może nie dosłownie, bo nikt nie wymaga, aby z linijką mierzyć zakres przestrzeni naszej i innych osób, ale pamiętajmy o nich.  Naruszenie strefy osobistej innej osoby może narazić nas na różne konsekwencje, a nawet doprowadzić do pewnego rodzaju ostracyzmu. Pamiętamy sytuację jak podczas oficjalnej dyplomatycznej wizyty, jeden z polskich przedstawicieli „klepnął” inną uczestniczkę w pośladek. Było to szeroko komentowane nie tylko jako nietakt, ale również jako rodzaj chamstwa, a nie jako przyjacielski odruch.

           Niejeden z nas był kiedyś „przygnieciony” czyimś ciałem w autobusie, potrącony koszykiem w supermarkecie czy na własne życzenie w gabinecie masażu masowanym przez inną osobę. Każdy z tych przykładów stanowi naruszenie naszej indywidualnej przestrzeni, ale każde jest przez nas inaczej odbierane. O ile masaż jest  świadomie wybraną przez nas formą naruszenia naszej intymnej strefy to sytuacje autobusowo-sklepowe wywołują raczej nasza irytację i zdenerwowanie.
            Zatem, zapamiętaj rodzaje stref i stosuj się do nich w swoich kontaktach biznesowych i prywatnych.

poniedziałek, 24 października 2011

Slow-life

Spotkały się dwie koleżanki po latach. Alicja ma mały domek, męża leśniczego, trójkę dzieciaków i pracę w domu. Ewa z mężem i synem mieszka w mieście - oboje pracują w kilku miejscach. Wydawałoby się okoliczności przesądzają o sposobie ich życia.
            Wyszły na spacer. Ta pierwsza leci przodem za rękę ciągnąc trzyletnią córeczkę, która wyraźnie nie nadąża. Druga zatrzymuje się przy każdym kamieniu, który synek w podobnym do dziewczynki wieku ogląda ze skupieniem, a potem pakuje do kieszeni.
Alicja  w końcu bierze córkę na ręce, ogląda się za koleżanką i sapie zdyszana:
-        Jak wy to robicie, że mały chodzi z wami na takie długie spacery?
-        To my chodzimy z nim.
          

To nie praca, miejsce zamieszkania lub wielkość rodziny determinują sposób życia – a przynajmniej nie tylko.

Czy godzina w środku dnia na odebranie dziecka z przedszkola i powrót do domu piechotą to strata czasu? Być może w pewnych okolicznościach tak jest. Czas przygotowań do własnego ślubu, świąt lub innych uroczystości może być krokiem bliżej do zawału... lub dłuższym celebrowaniem tej okazji. A własny dom lub mieszkanie? Czy to tylko skarbonka bez dna czy miejsce na odpoczynek, a nawet sposób wyrażenia siebie? 

Slow life wymaga treningu umiejętności organizowania dnia codziennego, ale w zamian daje dłuższe i zdrowsze życie. Sposób życia to nasz własny wybór. Uważne słuchanie i szacunek do siebie i swoich najbliższych.
Monika Rudy-Muża

piątek, 14 października 2011

Elevator Pitc

Temat, krótkiej autoprezentacji w dzisiejszych czasach jest bardzo istotny, dlatego zachęcam do wygospodarowania sobie trochę czasu na „ułożenie w głowie” kim według siebie jesteśmy i co chcemy przekazać naszemu rozmówcy. Metoda mini-prezentacji o której mowa pochodzi od nazwy „Elevator Pitc”  i odzwierciedla ideę w której jest możliwe zainteresowanie drugiej strony naszą osobą lub naszym produktem w czasie 30 sek do 60 sek – w zależności od tego jak długo jedziemy windą : )

Często nie wiemy co powiedzieć rozmówcy próbując wytłumaczyć czym się zajmujemy zawodowo, albo według jakich wartości żyjemy. Umiejętność prostego przekazu skomplikowanych zagadnień wcale nie jest ani łatwa ani oczywista. Dlatego właśnie każdy z nas powinien się do tego przygotować.

Marzysz o pewnym stanowisku w nowej firmie, chcesz zdobyć kontakt do kogoś z kim od dawna chcesz się poznać, sprzedajesz swój produkt lub po prostu ktoś poprosił Cie o to abyś opowiedział coś o sobie.  
Wyobraź sobie wsiadasz do windy i … pełne zaskoczenie; w windzie jest prezes który może Cię zatrudnić, osoba która zna właśnie tę z którą chcesz się zapoznać lub inna ktoś inny, kto wzbudza twoje zainteresowanie. Spędzisz z nim kilka chwil na małej, zamkniętej przestrzeni.



Masz 30-60 sekund na powiedzenie kim jesteś, co robisz i co z twojej obecności może dobrego dla niego wyniknąć. Jeśli uda ci się zainteresować rozmówcę, to być może uzyskasz kilka upragnionych minut z nim w gabinecie, aby dopiąć interesu lub nawiążesz ciekawy kontakt czy wymienisz się wizytówką.  Jeśli nie będziesz potrafił zainteresować rozmówcy wysiądziesz z windy myśląc, że mogłeś wykorzystać tą szansę, ale nie byłeś dobrze do tego przygotowanym. Co robić? Jak to rozegrać?


Istnieje wiele formatów na tego typu sytuację, która może przydarzyć się także w innych okolicznościach, nie tylko w windzie. Wyzwaniem jest prosty przekaz o tym kim jesteś, co robisz i jakie korzyści wynikną z twojej obecności. Warto sobie taki przekaz dokładnie zapisać i poćwiczyć „na sucho”.

Format, który jest efektywny i który można układać elastycznie w zależności od sytuacji:
·         Jestem  - twoje stanowisko/tytuł/pozycja
·         Pomagam moim klientom w ……- 2-3 rzeczy, które robisz dla swoich klientów
·        Po to, aby oni….-1-3 korzyści dla klientów wynikające z twoich usług/produktów

Więc do dzieła – stwórz swoją autoprezentację, która przyda Ci się w przysłowiowej windzie.





piątek, 7 października 2011

Sztuka moją pasją

Przyszła do mnie ostatnio absolwentka Akademii Sztuk Pięknych.
Rozmawiałyśmy o pasjach, kreatywności i praktyczności. O tym jak ciężko jest uzyskać niebieski odcień na biszkoptowych filiżankach i o tym, że łączenie różnych form sztuki jest ekscytującym i rozwijającym doświadczeniem. O tym,że nie zawsze trzeba mieć natchnienie, doświadczenie czy warsztat, żeby odkryć w sobie jakąś umiejętność,która może przerodzić się w pasję. Zaczęłyśmy przygotowywać ofertę warsztatu malowania na jedwabiu, więc zaczęłam dopytywać się ,jaki był początek jej przygody z jedwabiem.


Popijając herbatę opowiadała ....
” Moja przygoda z malowaniem na jedwabiu zaczęła się w momencie ,kiedy wiele, wiele lat temu moja mama poplamiła drogą jedwabną bluzkę i ,chcąc pozbyć się plamy, użyła wybielacza. Bluzka całkowicie straciła kolor i nie nadawała się do noszenia, ale fason i szlachetność jedwabiu sprowokował mnie do szukania sposobu na ratowanie bluzki. Pofarbowałam tkaninę ,namalowałam na niej wzory i miałam piękną, oryginalną ,niepowtarzalną i jedyną w swoim rodzaju rzecz,która tak mocno mnie wyróżniała wśród innych. Ten eksperyment spowodował natłok kolejnych pomysłów i poszukiwanie kolejnych sposobów i technik malowania tkanin. Rozbudził moją ciekawość i zachęcił do kolejnych poszukiwań. Teraz po latach znajomi ze szkoły wspominają moje kreacje ,które sama szyłam ,zdobiłam, przeszywałam i malowałam. To fajne uczucie wyrażać i kreować w taki sposób swoją indywidualność.”


Historia na tyle mnie wciągnęła, że postanowiłam przekazać ją innym. Pokazuje ona, że warto szeroko otworzyć umysł i tworzyć. Wcale najlepszym rozwiązaniem nie jest wyrzucenie zniszczonego przedmiotu czy stroju.  Wszystko może mieć przysłowiowe „drugie życie”. Więc uczmy się twórczości przez sztukę, nigdy nie wiadomo kiedy ta umiejętność nam się przyda : )

p.s. Oczywiście Beata, której historia dotyczy, przekaże wszystkie tajniki malowania na jedwabiu uczestniczkom kursu. A wtedy mam nadzieję, nie tylko zniszczone rzeczy ożyją, ale również te smutne nabiorą nowego radosnego wyglądu.

czwartek, 15 września 2011

Afirmacje – nie tylko zdobywanie

Dwa lata temu mieszkałem w wynajętym mieszkaniu w centrum Łodzi, koło pogotowia. Moim marzeniem było opuszczenie hałaśliwego miasta i osiedlenie się nad jeziorem na Warmii lub na Mazurach.  

Zaplanowaliśmy sobie zakrojoną na 5 lat strategię, która miała sprawić, że w końcu tam wylądujemy, bez podejmowania większego ryzyka i zupełnie bezpiecznie. Jednak pewnego dnia, podczas okresu mocnego pozytywnego nakręcenia, przejeżdżałem akurat przez Warmię. „Hej! – powiedziałem sobie – Przecież my chcemy mieszkać tu, a nie w Łodzi. Marzymy o tym teraz, a nie za pięć lat!”


Zacząłem wizualizować, ułożyłem afirmacje, a nawet zmieniłem hasła do różnych usług internetowych na zakodowane zdanie: „Mieszkam w domu nad pięknym jeziorem”. Największym problemem była cena – wynajem takiego domu kosztował więcej niż dwa razy tyle, ile płaciliśmy za mieszkanie w Łodzi. A także to, że żona pracowała na etacie i miała bardzo dobrą posadę. Zacząłem pracować nad moim stosunkiem do pieniędzy, a do afirmacji o domu dodałem: „w cenie, jaką zechcemy zapłacić.”

Żeby nie przedłużać – nie minęły dwa miesiące i zamieszkaliśmy w domku nad jez. Wulpińskim, w którym piszę te słowa. Zakochaliśmy się w okolicy. Płacimy dokładnie tyle, ile wcześniej za mieszkanie w Łodzi, oboje pracujemy zdalnie. Wszystko odbyło się bez żadnych trudności, oprócz tego, że musieliśmy wykrzesać z siebie trochę więcej odwagi niż zazwyczaj.
Najważniejsza w tym wszystkim była wiara i spokojne zaufanie, że wszystko będzie dobrze, a nasz dom już na nas czeka. 
W codziennej gonitwie myśli, przy wszechogarniającym narzekactwie, sceptycyzmie, niechęci do jakiegokolwiek ryzyka, niełatwo jest o tak piękny stan umysłu i pozytywne myśli. Wydawało się, że to na przekór wszystkiemu, że to zupełny kosmos i nierealna bajka.

Znałem już wtedy moc afirmacji. Słuchałem nagrań, pisałem i czytałem w myślach własne zdania, między innymi: „Mieszkamy w pięknym domu w niewielkiej wsi nad jeziorem i wynajmuję go za cenę, jaką zechcemy zapłacić”. „Mój nowy dom czeka na mnie, przyciągamy się nawzajem łatwo i nieustannie”. „Jestem bezpieczny, podejmując i wcielając w życie swoje decyzje”. Powtarzając często te i inne afirmacje, zauważyłem, że ciągle myślę o nowym domu i mam przed oczami jego obraz. Myślałem o nim ze spokojem, bez napięcia typu: „Och, och, muszę się tam przeprowadzić, bo nie wytrzymam! Muszę! Muszę!” Zajmowałem się codziennymi sprawami i cieszyłem się tym wymarzonym domem tak, jakbym już w nim mieszkał, tu i teraz.

Nie musiałem długo szukać, negocjować, jeździć i oglądać kolejnych domów. Wystarczyło przez pół godziny szperać w Internecie, wpisywać do wyszukiwarek ogłoszeń górny pułap cenowy, jaki skłonni byliśmy zapłacić za wynajem. Pułap zupełnie, jak się nam zdawało, nierealistyczny, choć zupełnie się tym nie przejmowaliśmy. Na trzecim lub czwartym portalu wyświetliło się nam ogłoszenie. Domek nie był cudowny jak z bajki, ale podobał się nam. Cała reszta też się zgadzała. Gdy pojechaliśmy tam, poznaliśmy przemiłych właścicieli. Jezioro i okolica zauroczyły nas.

Dom nad jeziorem to tylko taki konkretny, łatwy do szybkiego opisania przykład na moc afirmowania. Za pomocą afirmacji można oczywiście zdobywać. Dla mnie jednak najpotężniejsza moc tej techniki tkwi w samorozwoju – dzięki niej przekraczam lęki, pokonuję kryzysy, radzę sobie z trudnymi sytuacjami i zdarzeniami, czerpię radość z relacji międzyludzkich i ze świata. Dzięki afirmacjom mam w sobie więcej spokoju i miłości. Mogę dzielić się z innymi i otrzymywać z powrotem, bo to, co dobre, wraca do nas.
A najlepsza w tym wszystkim jest prostota. Prostota techniki, prostota wiary i najtrudniejsza z nich wszystkich – prostota zaufania.

Do zobaczenia -  Paweł Oleszczuk



P.S. Od listopada ten dom znów jest do wynajęcia, ponieważ kupiliśmy niedawno własny kawałek ziemi i cztery ściany. Zostawiamy pozytywne wibracje i dużo dobrej energii. Po niedzielnych warsztatach, które będę prowadził chętnie udzielę dodatkowych informacji na temat afirmacji.
O warsztacie przeczytacie na http://www.akademiakompas.pl/afirmacje

środa, 24 sierpnia 2011

Czas - dlaczego go nie mamy

Dzisiaj prawie każdy gdzieś goni, śpieszy się. Mamy wrażenie, że kiedy robimy jedno, powinniśmy robić już coś drugiego.  Pędzimy z jednego miejsca w drugie, od jednej sprawy do drugiej.

Innowacje miały nam pomóc  w uproszczeniu wielu rutynowych działań, uwolnić nas od szarej codzienności
i załatwiania spraw podstawowych. Samochód, mikrofala, miksery, telefony komórkowe, zmywarki, e-mail czy  Internet. Co się stało z tym czasem, który miały nam zaoszczędzić? Gdzie się zagubiliśmy ?  Dlaczego wolny czas, który miały nam wygenerować zamieniliśmy w inny obowiązek ? No i wreszcie dlaczego ciągle pędzimy ?


Brak czasu jest dziś bardzo często wyznacznikiem ważności danej osoby. Twoje zabieganie decyduje o twojej randze, zwłaszcza w pracy. Dużo osób uważa, że jeśli jesteś zajęty wtedy jesteś osobą z którą warto się liczyć. Jeśli twój telefon komórkowy często dzwoni to znak, że masz dużo pracy, znajomych i że jesteś szczęśliwą osobą czy wreszcie jeśli masz wielki dom, jesteś bogaty. 

Narzekamy na nieustanny brak czasu, tak jak gdyby brak czasu zapisany byłby w naszej naturze, jak byśmy nie mieli na niego wpływu. Pamiętajmy jednak, że od zawsze płynie on taką samą prędkością, że wcześniej ludzie mieli go tyle samo, a potrafili wykorzystać każdą z zaistniałych chwil na wypoczynek czy spędzenie wolnej chwili w gronie rodzinnym.
Dzisiaj często liczą się pozory, to co na zewnątrz, nie to co w środku. Musimy jednak pamiętać, że tego co wewnętrzne nie da się zastąpić tym, co zewnętrzne.
Dzisiaj łudzimy się, że robiąc więcej, działając więcej, osiągając więcej,– staniemy się kimś docenianym. A to z tego właśnie wynika nieustanny brak czasu. Wynika on niestety z naszych wyborów. To my decydujemy, czym zapełnimy nasz czas.
Nie poddawajmy się wszystkiemu bezwarunkowo. Segregujmy nasze decyzje, wybierajmy te z którymi czujemy się szczęśliwi. Postawmy na czas dla siebie !!!